Choć większość badań opinii społecznej w krajach, w których biotechnologia rozwija się najszybciej, pokazuje, że ludzie chcą brać udział w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, że są dla nich ważne, a brak odpowiedzi rodzi spiskowe teorie, to jednak melanż polityki i ekonomii prowadzi do sprawnego spłycania i dostarczania dawki public relations w miejsce odpowiedzi. Biorąc pod uwagę, jak wielkie pieniądze i władza są do wygrania, nie powinniśmy się dziwić, że obecny sekretarz ds. obrony USA, Donald Rumsfeld, był głównym dyrektorem Searle Pharmaceuticals (obecnie część wielkiej korporacji Monsanto Pharmacia). Wpływy i interesy związane z najnowszą biotechnologią dawno już przekroczyły granice laboratoriów.
W całej Azji ryż jest podstawą różnorodności biologicznej i kulturowej, ludzie postrzegają go jako część swej historii, krajobrazu, religii. W Indiach jest często określany słowem
prana – oddech życia. W niektórych częściach Indii w pierwszy dzień nowego zasiewu rolnicy wymieniają się ziarnami i składają ich część w ofierze lokalnemu bóstwu. Słowo
dhana oznacza ryż, ale także dar i bogactwo.
Przed rozpoczęciem „Zielonej Rewolucji” w Indiach było 200 tys. odmian ryżu
(1). Jej końcowym efektem było wydatne zmniejszenie tej ilości odmian oraz zwiększenie liczby chorób i szkodników, z którymi musieli się borykać drobni rolnicy. Panaceum na ów problem miały stanowić genetyczne modyfikacje roślin, wykonywane w lwiej części przez korporacje z siedzibami w USA. Przykładem może być odmiana ryżu nazwana „złotym”, która miała przeciwdziałać ślepocie – dodajemy trochę genów z żonkila i bakterii i otrzymujemy ryż z dużo większą zawartością beta-karotenu, który w naszych organizmach zamienia się w witaminę A. Jednak ryż odpowiedzialny jest tylko za bardzo niewielką część spożycia witaminy A, cała reszta pochodzi z zielonolistnych ziół i warzyw. Brak tej witaminy występuje w Indiach tam, gdzie zniszczona została wcześniejsza bioróżnorodność będąca filarem rolnictwa. „Cudowna” technologia jest oparta na krótkowzrocznym myśleniu – to przemysłowe rolnictwo staje się przyczyną braku witaminy A u Hindusów i tylko przez powrót do zasad bioróżnorodności będzie można rozwiązać problem.
Ale na zastępowaniu darmowej różnorodności przez drogą monokulturę się nie kończy. Kilka lat temu pewnej korporacji biotechnologicznej udało się opatentować jedną z najbardziej znanych odmian ryżu – „basmati” (patent numer 566484)
(2). Celera Genomics, jedna z bardziej znanych bio-firm, zaoferowała niedawno dostęp do danych genomu ryżu za 30 mln dolarów na 5 lat.
W poszukiwaniach przyczyn naszych „globalnych” problemów jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia tam, gdzie – jak nam się wydaje – są one widoczne gołym okiem: koncentrujemy się na decyzjach głów państw, gremiów międzynarodowych czy też przysłowiowej „ilości dywizji”. Ci, którzy zajmują się badaniem systemów (naturalnych, ludzkich) znają natomiast mnóstwo przykładów ilustrujących sytuację, w której bardzo mała, pozornie nieznacząca zmiana, może prowadzić do nieprzewidywalnych skutków. W przypadku biokolonizacji stało się właśnie tak, że w praktycznie niezauważalny sposób, bez żadnych fanfar wojennych i manifestów, znaleźliśmy się w świecie, w którym prawnikom występującym w imieniu brytyjskiej placówki naukowej i teksańskiej firmy nie wydawało się absurdem wystąpienie do Europejskiego Biura Patentowego o zezwolenie na opatentowanie... kobiet, które byłyby genetycznie zmodyfikowane w celu produkcji ulepszonych ludzkich protein w gruczołach mlecznych. Podanie było tak przygotowane, żeby do grupy mogącej podlegać opatentowaniu włączyć wszystkie samice ssaków, wespół z ludzkimi. Prawnik argumentował, że aplikacja była przygotowana w sposób umożliwiający włączenie kobiet do tej populacji, ponieważ „ktoś, gdzieś może zdecydować kiedyś, że ludzie mogą podlegać opatentowaniu”
(3).
Za ów mały kamyk uruchamiający cały proces biokolonizacji ludzie zajmujący się nią na co dzień uważają decyzję amerykańskiego Sądu Najwyższego, który w 1980 r. ogłosił zaskakujący werdykt oznaczający rozpoczęcie procesu patentowania życia. Kilka lat wcześniej firma General Electric wystąpiła do Biura Patentowego o patent na konsumujące ropę bakterie stworzone przez jednego z pracowników, niejakiego Chakrabartiego. Urząd Patentowy odrzucił prośbę argumentując, że na podstawie tradycyjnej doktryny prawnej organizmy żywe („twory natury”) nie podlegają opatentowaniu. Jednakże GE, jako korporacja odpowiednio silna i zdeterminowana, złożyła apelację, która opierała się na założeniu, że formy życia są jedynie produktami chemicznymi, więc mogą być patentowane w takim samym stopniu, co inne „towary”. Sąd Najwyższy przyznając patent GE stwierdził, że sednem sprawy nie jest „odpowiednie rozróżnienie pomiędzy organizmem żywym a materią nieożywioną”, lecz to, czy istoty żywe mogą być postrzegane jako „wynalazki człowieka”
(4). W tym momencie zbiegły się sprawy biotechnologii, prawa oraz ekonomii, ponieważ wynalazek człowieka jest traktowany w teorii ekonomii jako towar. Co więcej, cechy jakościowe „towaru”, które są konstytutywne w naukach naturalnych, są niedostrzegane przez ekonomię, która patrzy na wynalazek (towar) wyłącznie od kątem jego wartości wymiennej.
W 1988 r. Biuro Patentowe USA rozszerzyło decyzję w sprawie Chakrabartiego na genetycznie modyfikowane rośliny i nasiona – nastała era gorączki patentowej. Rozpoczęcie w latach 90. procesu patentowania ludzkich genów pociągnęło za sobą strumień funduszy i inwestycji płynących do sektora genetyki i biotechnologii. Z punktu widzenia historii ekonomii można wyraźnie rozpoznać proces, którego patentowanie życia jest częścią – w naszym języku nosi on nazwę „ogradzania” i sprowadza się po prostu do prywatyzacji i monopolizacji tego, co zwykliśmy nazywać dobrem wspólnym. Różnica polega na tym, że tym razem ogradzaniu nie jest poddawana ziemia, ani nawet woda pitna (jak to ma miejsce w coraz większej liczbie krajów); tym razem ogradzaniu podlega nasza spuścizna genetyczna.
Pytanie, które zadają sobie firmy „ogradzające” pulę genetyczną, jest zawsze takie samo: „Jaki zysk, poza sprzedażą patentu czy licencji, może przynieść dana modyfikacja?”.
Patrząc np. na „doskonalenie” świata roślin widać, że większość modyfikacji genetycznych zmierza do tego, aby warzywa i owoce mogły przynosić większe plony, przetrwać daleki transport, długo leżeć na półce nie psując się lub też żeby poprawić ich wygląd. Natomiast ilość zmian zmierzających do poprawienia wartości odżywczych jest znikoma.
Założenie o panowaniu paradygmatu finansowego w przypadku tego, co jemy lub czym się leczymy prowadzi nieodmiennie do ustanawiania w tych sferach dominacji tylko jednego celu działania: wzrostu zysków. Najbardziej znanym przykładem tego imperatywu jest hormon BGH wyprodukowany przez Monsanto w celu zwiększania produkcji mleka u krów. Skutki BGH dla samych krów oraz spożywających mleko ludzi były tragiczne i przez długi czas ukrywane przez zainteresowaną firmę, starająca się nie dopuścić do publikacji materiałów materiałów prasie i telewizji.
(5) Zwracam uwagę na centralną rolę wzrostu również dlatego, żeby pokazać, iż w świecie, w którym okres podejmowanych decyzji inwestycyjnych jest bardzo często krótszy niż pół roku (perspektywa akcjonariusza) koncerny biotechnologiczne muszą rosnąć równie szybko jak inne firmy, jeśli chcą konkurować o kapitał. Zgodnie z opinią jednego z szefów firmy dokonującej wstępnych testów dla wielkich korporacji farmaceutycznych, minimalny, tolerowany wzrost (10-20% rocznie) oznacza dla typowego giganta zidentyfikowanie od 3 do 5 pewnych kandydatów na nowy przebój farmaceutyczny w ciągu roku.
(6) Niezależnie od tego, czy nauka jest w danym momencie w stanie dostarczyć ich, czy też nie, muszą się one znaleźć na rynku.
Podobnie jest oczywiście w przypadku mnóstwa innych sektorów gospodarki – myślę jednak, że nie trzeba zajmować się nauką, żeby widzieć różnicę między nowym programem Microsoft’u, a nowym lekiem czy zmodyfikowaną bakterią bądź rośliną.
Zapewne niewielu z nas myśli o tym, że sposób zaprojektowania systemu gospodarczego wpływa na selekcję ludzi, którzy będą nim kierować. Ale przykład biznesu biotechnologicznego pokazuje, w jakim stopniu schemat, w którym się znajdują, wpływa na ich widzenie relacji występujących w przyrodzie (oraz na materiały edukacyjne, które firmy tego typu sponsorują na całym świecie). W 1992 r., podczas debaty na temat wejścia jednego z kilku głównych koncernów agro-produkcyjno-dystrybucyjno-promocyjnych – firmy Cargill, do Indii, szef tej firmy stwierdził: „Przynosimy hinduskim farmerom nowe technologie, które uniemożliwiają pszczołom uzurpację procesu zapylania”. Podczas spotkań mających prowadzić do stworzenia zasad tzw. BioBezpieczeństwa w ramach ONZ, firma Monsanto rozprowadzała literaturę, według której „chwasty kradną światło słoneczne”. Korporacje tego typu widzą sieć zależności i odnawiających się cykli życia jako „kradzież” ich własności.
(7) Warto przy tym pamiętać, że kiedy słyszymy słowo „produktywność”, to oznacza, że bierzemy pod uwagę przychód pieniężny wygenerowany przez możliwie homogeniczny proces. Jak mówi o tym w swej książce „Stolen Harvest” (Skradzione zbiory) Vandana Shiva, pogląd opisujący zapylanie jako „kradzież pszczół” i twierdzenie, że zróżnicowane rośliny (wszystko, co nie jest uprawą, na którą akurat jest popyt na rynku globalnym, staje się chwastem) „kradną” światło, automatycznie prowadzą do zastępowania zróżnicowanych, naturalnie zapylanych odmian przez hybrydy i niszczenia bioróżnorodności flory poprzez środki i rośliny „chwastobójcze”.
Jedna z najbardziej znanych spraw związanych z patentowaniem życia wiąże się z osobą Johna Moore’a, mieszkańca Kalifornii, który trafił do szpitala z powodu pewnego rodzaju białaczki. Część jego śledziony została usunięta, ale lekarze nie powiedzieli mu, że przekazują ją firmie biotechnologicznej, która następnie hodowała ją w laboratorium, uzyskując kolonie komórek stosowanych do celów terapeutycznych. Patent na ten rodzaj komórek okazał się być wart bardzo dużo pieniędzy. Kiedy Moore kilka lat później dowiedział się o tym, pozwał firmę do sądu. Uważał, że pobrana część należała do niego i w związku z tym DNA też jest jego własnością. Ale sędzia orzekł, że ponieważ śledziona była już poza jego organizmem, nie należała do niego, komórki z niej pobrane mogły być opatentowane, czyli „wynalezione”
(8). Sędzia nie potrafił udzielić odpowiedzi na pytanie, czy część pozostająca nadal wewnątrz Johna Moore’a (zawierająca to samo DNA) jest również wynaleziona. Ten wyrok był również kluczowym dla dalszego rozwoju sytuacji, ponieważ pokazał, że możliwa jest sytuacja, w której każdy może zdobyć prawa do naszego DNA.
System patentowania został wymyślony dla świata maszyn i stosowanie go
do organizmów żywych rodzi problemy, które nie wydają się mieć żadnego
sensownego rozwiązania. Organizmy żywe, od mikrobów przez rośliny do
zwierząt, nie są wynalazkami. Identyfikacja lub izolacja genu
przypomina zaś odkrycie, nie wynalazek. Niektóre przepisy, jak słynny
już artykuł 27(3) układu TRIPS (układ regulujący handlowe aspekty
własności intelektualnej, będący częścią reguł WTO) zezwala na
zwolnienie z wymogu podporządkowania się wymogom prawa patentowego
roślin i zwierząt, ale „mikroorganizmów i procesów mikrobiologicznych”
to już nie dotyczy. Tymczasem biolodzy uważają, że nie ma wyraźniej
granicy pomiędzy mikrobami, roślinami i zwierzętami, ponieważ wszystkie
te formy życia korzystają z tych samych procesów. Jeden z biologów
uzmysłowił mi to pytaniem: Porosty są symbiotycznym związkiem
jednokomórkowych alg (lub mikrobów) i grzyba (ani roślina, ani
zwierzę). Jaki jest ich status w świetle prawa patentowego?
(9)
Pomimo nacisku wywieranego przez firmy biotechnologiczne, które przecież w coraz większym stopniu są dysponentami funduszy badawczych potrzebnych naukowcom, wielu z nich uważa, że patentowanie organizmów genetycznie modyfikowanych lub ich wytworów (np. nasion) nie powinno mieć miejsca, ponieważ proces reprodukcji jest procesem naturalnym, nie wynalazkiem. Zezwolenie na patentowanie produktów procesów naturalnych równa się sytuacji, w której firma posiadającą patent na projekt lasera używanego do operacji rogówki opatentuje osobę, która została „zmodyfikowana” przez użycie tego lasera.
Podobnie jest z funkcjami genów. Geny mogą funkcjonować wewnątrz komórki lub organizmu – nadanie patentu równałoby się znowu opatentowaniu całego organizmu. Funkcje genów są ponadto nieprzewidywalne: będą zależeć od komórki, do której zostaną wstawione, w które miejsce chromosomu, w jakim środowisku itd.
Ci sami naukowcy często zwracają uwagę, że twierdzenie firm biotechnologicznych, iż patentowanie – leków, zwierząt czy roślin – jest konieczne w celu rozwoju nauki, nie znajduje potwierdzenia w praktyce. Genset, jedna z francuskich firm biotechnologicznych, dwa lata temu miała 28 otwartych aplikacji patentowych na geny lub ich sekwencje i ani jednego leku stworzonego dzięki tym „wynalazkom”. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, jak duże pieniądze może przynieść samo posiadanie patentu, pytanie o zastosowanie staje się nieważne. Zgodnie z danymi Gene Watch UK sprzed roku, władze patentowe najbogatszych krajów świata zarejestrowały żądania wydania patentu pochodzące od instytucji prywatnych i publicznych na więcej niż 127 tys. genów ludzkich lub częściowych sekwencji genów. 40 dotyczy serca, ryżu – 152. „Ogradzanie” samo w sobie może przynieść trudno wyobrażalne dochody.
Ci, którzy uważają, że patentowanie życia oznacza najnowszy etap kolonizacji, nie koncentrują się jednak wyłącznie na szczegółach prawa patentowego. Byłoby to równoznaczne ze zgodą na zaplątanie się w meandrach prawniczo-naukowej dyskusji, w której dodatkową rolę odgrywają gry interesów na szczeblu lokalnym i globalnym. Argumenty przeciwko biokolonizacji wydają się być możliwe do przedstawienia w kilku punktach:
- „posiadanie” życia i kontrolowanie go dla prywatnego zysku jest nieetyczne. Uczucie „tak nie wolno” jest obecne we wszystkich społeczeństwach – z badań antropologicznych wynika, że wyewoluowało ono w nas prawdopodobnie na długo przed stworzeniem jakichkolwiek religii czy cywilizacji i wciąż jest obecne;
- rośliny, zwierzęta, geny, mikroorganizmy itd. są częścią przyrody i nie mogą być uważane za wynalazek;
- patentowanie życia skoncentruje kontrolę nad medycyną i rolnictwem w rękach kilku korporacji, których przyszłe badania nie będą kierowane przez zasadę ostrożności i ludzkich potrzeb, ale przez kryterium zysku;
praktyka pokazuje, że patentowaniu podlega wiedza rolnicza i medyczna tych społeczności, na których terenach wciąż istnieją duże zasoby żywej przyrody, a nowoczesny styl życia nie jest dominującym. Gros takich społeczności znajduje się w krajach Południa. Ich znane od wieków sposoby medyczne są opatentowywane niezależnie od tego, że patent należał się tradycyjne jedynie nowemu wynalazkowi. Zasady związane z reżimem własności intelektualnej, wprowadzane m.in. przez WTO, mają taki skutek, że pierwotni autorzy są zmuszani do kupowania opatentowanego produktu od nowego właściciela;
- ilość miejsc pracy tworzonych przez sektor biotechnologii/biokolonizacji jest ułamkiem tego, co jest tracone w procesie przejmowania kontroli nad medycyną i rolnictwem.
Bio-biznes odpowiada na to, że nie możemy się zatrzymać, że obecna droga jest „jedyną”, która pozwala na zaradzenie zagrożeniom i wyzwaniom stojącym przed „ludzkością” (retoryka jest niestety zadziwiająco podobna do wypowiedzi związanych z „zagrożeniem terroryzmem”). Ci, którzy protestują, nie pozwalają na wynalezienie nowych leków i upraw, a nawet „nadużywają demokracji”.
Dominującym rodzajem dyskursu jest ten, który niemiecka biolog Christine von Veizsacker nazwała „pułapką tragicznych decyzji”, sprowadzającą się do pytania: „jak przygotować się na to, co nadchodzi?”. Jesteśmy kompletnie nieświadomi tego, jak często owa „pułapka” jest stosowana; zazwyczaj przyjmuje ona formę prezentowania naszej sytuacji jako następującego dylematu: co wybieramy – pszenicę zmodyfikowaną w celu odporności na środek chwastobójczy czy głód na świecie; miejsca pracy czy degradację środowiska; energię nuklearną czy globalne ocieplenie.
(10) Tak – fałszywie – przedstawiane alternatywy prowadzą do powstawania rozmaitych komitetów etycznych, których zadaniem ma być dostarczenie rad, które pomogą w tworzeniu „poprawnych” hierarchii wartości zmniejszając w ten sposób ból głowy potencjalnych decydentów politycznych.
Wszelkie pytanie naśladujące „pułapkę tragicznych decyzji” można przedstawić jako analogię do sytuacji, gdy specjalista od etyki próbuje przygotować matkę dwójki dzieci na tragiczną decyzję związaną z pytaniem, które z nich powinna ratować, jeśli znajdzie się z nimi za burtą promu, na środku głębokiego jeziora. Jednakże matki rzadko wzywają profesorów etyki w celu przygotowania ich na taką ewentualność. Niektórzy ze specjalistów mogliby uznać zapytanie matek jak sobie radzą z wychowaniem więcej niż jednego dziecka za niezbyt naukowe i nazywać to etyką indukcyjną, ale w istocie odpowiedź na to pytanie daje wskazówkę, gdzie szukać rozwiązania problemów, o których mówi ten tekst.
Jak więc odpowiedzialne matki unikają „pułapki tragicznych decyzji”? Pytają tubylców, czy sternik łodzi nie pije zbyt dużo; patrzą na niebo starając się odgadnąć pogodę; dobrze przyglądają się łodzi, sprawdzają, czy jest wystarczający zapas kamizelek ratunkowych; uczą dzieci pływać; jeśli nie są pewne, decydują się na autobus, który jedzie wokół jeziora; a czasami w ogóle rezygnują z pomysłu podróży na drugi kraniec jeziora. A więc zużywają mnóstwo swojej energii i inteligencji na uniknięcie konieczności podejmowania „tragicznych decyzji”, a nie na przygotowania do niej. Christine von Veizsacker nazywa te wszystkie rozsądne i w gruncie rzeczy niezbyt trudne sposoby unikania tragedii po prostu „kulturą”, dzięki której ludzie mogą godzić różne cele i wartości.
(11)
Poruszone wyżej, poważne problemy wynikające z prób modyfikowanie organizmów żywych, nie znajdują i nie znajdą rozwiązania jedynie na gruncie nauki, zwłaszcza w momencie, gdy zaufanie do niej wydaje się słabnąć. Erozję tego zaufania przypisuje się zazwyczaj negatywnym skutkom postępu technicznego, wynikłym z redukcjonistycznego paradygmatu naukowego. Osobiście wydaje mi się, że poważniejszym problemem jest wzrastające uzależnienie naukowców od finansowania przez podmioty uznające za główną zasadę maksymalizację zysku, a także rosnąca specjalizacja dziedzin nauki (oczywiście powiązana z redukcjonizmem), która w coraz większym stopniu uniemożliwia wzajemną dyskusję zarówno pomiędzy przedstawicielami różnych nauk jak i pomiędzy naukowcami a społeczeństwem. Niebezpieczeństwa związane z biokolonizacją uwidaczniają wyraźniej niż w wielu innych przypadkach wyzwanie związane z pytaniem o status, kształt i rolę przyszłej nauki.
Maciej MuskatPost Scriptum: 24 grudnia 2002 brytyjski Departament ds. Środowiska, Żywności i Spraw Wsi opublikował wyniki 8-letnich badań na tzw. farmach testowych, których celem była odpowiedź na pytanie czy genetycznie modyfikowane odmiany roślin mogą „zanieczyszczać” normalne gatunki, czyli krzyżować się z innymi uprawami i chwastami, tworząc w sposób niezamierzony np. nowe odmiany roślin odpornych na środki chwastobójcze. Odpowiedź brzmi wyraźnie: TAK. Badania brytyjskie były jak dotąd najszerzej zakrojonymi pod względem czasu ich trwania.
(12)
Przypisy:
1) Shiva V. „World in a grain of rice”, The Ecologist, Vol. 30, No 9, 2000/2001
2) Ibidem s.51
3) Kimbrell A. “Biocolonization. The patenting of Life and the Global Market in Body Parts”, w: The Case Against the Global Economy, Sierra Club Books, New York 1996, s. 136
4) Ibidem, s. 134
5) Więcej na ten temat: „Walka z prawdą”, Magazyn Obywatel nr 3/2001
6) Kimbrell A. “Biocolonization. The patenting of Life and the Global Market in Body Parts”, w: The Case Against the Global Economy, Sierra Club Books, New York 1996, s. 135
7) Shiva V., „Stolen Harvest” South End Press, Cambridge, MA, 2000
8) więcej na ten temat: wywiad z Prof. Markiem Comptonem, "Genetic Turf Wars: Whose DNA Is It Anyway?," DNA Dispatch, November, 2000.
9) Rozmowa osobista z Brianem Goodwinem, biologiem z Open University, UK oraz Schumacher College, UK
10) Von Veizsacker Ch. „Competing notions of biodiversity”, w: Global Ecology. A New Arena of Political Conflict”, Zed Books, London, 1993
11) Ibidem, s. 130
12) Department for Environment Food and Rural AffairsDepartment for Environment Food and Rural Affairs